piątek, 31 marca 2017

Azyl, czyli opowieść żony dyrektora ZOO


Niedawno było nam dane uczestniczyć w pokazie filmowym z cyklu Janusz Wróblewski przedstawia, który odbywał się w Kinie Praha. Tym razem zaprezentowany został film Azyl w reżyserii Niki Caro, a zrealizowany na podstawie słynnej książki Diane Ackerman Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim ZOO. Bezpośrednio po projekcji przewidziana była rozmowa gospodarza cyklu z paniami Teresą Żabińską-Zawadzki - córką państwa Żabińskich oraz Ewą Rembiszewską - Prezes Fundacji Rozwoju Warszawskiego Zoo.

Już na wstępie musimy mocno zaznaczyć dwie istotne rzeczy. Po pierwsze nie jest to film oparty na faktach, a właśnie filmowa adaptacja książki, po drugie jest to film bardzo poruszający co może być istotne dla co bardziej wrażliwych widzów. Oczywiście żadnego z tych faktów nie traktujemy jako wady, ale raczej chcemy w ten sposób pokazać pewne ramy w jakich obraz ten postrzegamy. Inaczej bowiem ocenialibyśmy film oparty na faktach - pewną próbę rekonstrukcji zdarzeń z bardzo tragicznego okresu, w historii Europy, Polski i Warszawy w szczególności, a zupełnie inaczej patrzymy na dwukrotnie przetworzoną historię która stała się kanwą dla książki, a później dla jej adaptacji. Czynimy tak zresztą, ze względu na mocno zaakcentowany apel córki państwa Żabińskich, by oddzielać prawdę historyczną od fikcji literackiej czy wielkiego ekranu. Natomiast co do warstwy emocjonalnej jaką niesie z sobą ten film, to bliskie nam jest podejście, że z jednej strony kino powinno poruszać emocje, a z drugiej - że nie każdy obraz jest przeznaczony dla każdej widowni.



Kolejną ważną kwestią jest fakt, iż akcja filmu co prawda dzieje się na Pradze, ale zdjęcia były kręcone w jej czeskiej imienniczce. Jednak nie ma to wcale większego wpływu na odbiór obrazu, bowiem w bardzo udany naszym zdaniem sposób scenografom udało się tak zaaranżować kadry, że przeciętny widz praktycznie nie zauważy różnicy. Tym bardziej, że współczesny Ogród Zoologiczny w Warszawie w bardzo niewielkim stopniu przypomina swój przedwojenny odpowiednik.

Autorom udało się w bardzo zrównoważony sposób przedstawić zaangażowanie obojga małżonków zarówno w pomoc w postaci potajemnej ewakuacji dzieci i dorosłych z Getta jak i późniejsze udzielanie im tytułowego Azylu w obiektach zaplecza zoo przeznaczonych do zimowania zwierząt (nie trzymano ludzi w klatkach - sic!). Ponadto całkiem sprawnie odmalowano też większość istotnych etapów z historii okupacji Warszawy, od wybuchu wojny i wrześniowych nalotów na stolicę Polski, poprzez stworzenie przez Niemców dzielnicy Żydowskiej i powolnego umierania jej mieszkańców. Dalej przedstawiono działalność agend Judenratu oraz sierocińca prowadzonego przez dr Janusza Korczaka, transporty do obozów koncentracyjnych i Zagłady, a także Powstanie w Gettcie i Powstanie Warszawskie oraz exodus mieszkańców miasta po upadku tego ostatniego. Dobrze też ukazano skalę pomocy dla ludności żydowskiej udzielanej w sposób zorganizowany, pod pozorem prac związanych z prowadzeniem fermy świń na terenie ogrodu zoologicznego. Działalność tę zaczynającą się od zbierania obierków z kuchni w Gettcie co umożliwiało przemyt dzieci i dorosłych pod resztkami pożywienia, poprzez współpracę z komórkami polskiej konspiracji zajmującymi się wyrobem fałszywych dokumentów, aż po wpół jawne wyprowadzanie robotników żydowskich poza teren Getta - sportretowano w sposób umożliwiający nawet laikom zrozumienie ogólnych realiów tamtej epoki. Choć w filmie widzimy przede wszystkim Jana Żabińskiego bezpośrednio zaangażowanego w każdy z tych etapów ratowania Żydów, to jasno z kontekstu poszczególnych scen wynika, że nie działał on w próżni i także jemu udzielano wsparcia i pomocy w tym trudnym przedsięwzięciu. A cały proceder objął jak przywoływała w swej wypowiedzi po projekcji córka Jana, Teresa - objął co najmniej kilkaset osób i był tylko jedną z form podjętych przez ojca aktywności konspiracyjnych.


I tak dochodzimy do kwestii samego Zoo w czasie okupacji. Trafnie w filmie została pokazana zwyczajna kradzież zwierząt, dokonana przez Niemców wobec bezbronnego w obliczu wojennych realiów kierownictwa i personelu warszawskiego Zoo. Zwierząt, które starannie dobrane przez małżeństwo Żabińskich, stanowiły o absolutnie unikatowym i wyjątkowym charakterze, tej bardzo nowoczesnej przed II wojną placówki, stawiając ją w czołówce europejskich ogrodów zoologicznych tego czasu. Oczywiście to rzecz nieporównywalnie dużo mniejszej rangi niż bestialstwo jakiego niemiecki żołdak na rozkaz lub z własnej inicjatywy dopuszczał się wobec kobiet i dzieci żydowskich, co też zostało w filmie ujęte. Nie omieszkano także ukazać całkiem chybionych i niedorzecznych inicjatyw paranaukowych III Rzeszy, jaką była próba odtworzenia wymarłych gatunków, co prawda nie na miarę dinozaurów rodem z Parku Jurajskiego, ale w znacznie bardziej swojskiej postaci Tura związanego historycznie z Mazowszem.

Tu dochodzimy do postaci Lutza Hecka kreowanej przez bardzo charakterystycznego zresztą dla tego typu ról aktora Daniela Brühla, którego z łatwością możemy dobrze pamiętać m.in. ze słynnych Bękartów Wojny. I znów zaznaczyć tu trzeba, że na potrzeby fabuły postać tę wprowadzono jako zebranie pod jednym bohaterem wielu różnych postaci i wydarzeń, które dotykały małżeństwo Żabińskich podczas okupacji. Tak jak i cały wątek obyczajowy, który dodaje tempa i dynamiki akcji filmu, ale przecież nie jest najbardziej istotny. To co naszym zdaniem jest istotne, w tym filmie, to bardzo dobrze pokazane proporcje postaw gdzie Niemiec jest agresorem, Żyd ofiarą, a Polak ostatnim sprawiedliwym. Nie znaczy to oczywiście, że nie było innych postaw i trudny egzamin ocalenia resztek człowieczeństwa, w szaleństwie wojny totalnej zdawali z powodzeniem także przedstawiciele i innych narodów i różnych światopoglądów. Jednak bardzo ważne jest, że w tym holywoodzkim obrazie uszanowano tak często wystawianą na próbę, Polską wrażliwość na zasadnicze prawdy historyczne, szczególnie odnośnie lat II wojny światowej. 


Czy do filmu Azyl można mieć zastrzeżenia, z pewnością tak - jednak nie na tyle istotne by przyćmiły one ten bardzo pozytywny odbiór, jaki był zarówno udziałem naszym, jak i córki państwa Żabińskich. Bo skoro ona pretensji do twórców dzieła nie zgłasza, to i nam wyrażać ich głośno nie wypada. Tym bardziej, że film porusza widza i wciąga go w opowiadaną historię. Ci którzy będą chcieli i czuli taką potrzebę, z pewnością sięgną po publikacje opisujące tę trudną rzeczywistość w o wiele bardziej faktograficzny sposób, jak chociażby Ludzie i zwierzęta pióra Antoniny Żabińskiej. W naszym odczuciu film spełnia znakomicie swe podstawowe zadanie jakim jest upamiętnienie bohaterów i ukazanie szerszej widowni, jednej z najbardziej spektakularnych akcji ratowania Żydów z Getta utworzonego przez Niemców w samym sercu, okupowanej przez nich Europy, gdzie za pomoc udzielną Żydom groziła śmierć.

Na koniec nam nie pozostaje nic innego, jak zaprosić Was na spacer tym razem na prawy brzeg Wisły, zarówno na teren samego ogrodu zoologicznego, jak i do odrestaurowanej staraniem Fundacji Rozwoju Warszawskiego Zoo willi państwa Żabińskich. Jeśli się na to nie zdecydujecie jednak, to niewykluczone, że oba te miejsca w przyszłości opiszemy dla Was na skromnych łamach naszego bloga. Tymczasem mówimy do zobaczenia na warszawskich i praskich brukach stolicy !

środa, 29 marca 2017

Wernisaż wystawy "Oddech"


Przyszła wiosna, a wraz z nią kolejna wystawa w doskonale już znanej plenerowej galerii na skwerze ks. Jana Twardowskiego. Dziś jednak nie chcemy opowiedzieć Wam jeszcze o samej ekspozycji ale o wernisażu, który ją otwierał. Odbył się on zaledwie dwa dni temu, w wydawałoby się zupełnie przypadkowe poniedziałkowe popołudnie. Jednak wbrew pozorom tak nie było, albowiem to właśnie wtedy przypadał Międzynarodowy Dzień Teatru.


Wystawa zorganizowana przez Dom Spotkań z Historią oraz Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego zatytułowana została „Oddech. Teatr Erwina Axera i Warszawa teatralna 1956–1966”. Opowiada ona o warszawskiej odwilży teatralnej przypadającej na drugą połowę 1956 roku. Okres ten był rzecz jasna następstwem politycznej odwilży, jaką zainicjowało dojście do władzy Władysława Gomułki w Polsce. A wyrazem tego w świecie sztuki było opublikowanie słynnego "Poematu dla dorosłych" pióra Adama Ważyka w sierpniu roku 1955 na łamach "Nowej Kultury".



Wernisaż zorganizowany w siedzibie DSH na Karowej zgromadził wielu miłośników teatru, a także bohaterów i świadków tamtych dni. Na samym początku zebrani goście mieli okazję obejrzeć bardzo interesujące materiały archiwalne. Była to okazja nie tylko do obejrzenia Erwina Axera przy pracy, ale również fragmentów spektakli przez niego wyreżyserowanych oraz wielu opinii wypowiadanych przez ludzi teatru o nim. We wszystkich zebranych w materiale archiwalnych wywiadach, krytycy należący do różnych pokoleń, wysoko oceniali warsztat i umiejętności pracy z zespołem, a i samego reżysera określali w samych superlatywach jako człowieka absolutnie ponadprzeciętnego.





Następnie po tej krótkiej projekcji, jako gospodarz, wszystkich gości powitała Monika Kapa-Cichocka - kierownik działu wystaw DSH. Po czym przekazała głos Zastępcy Prezydenta m.st. Warszawy Włodzimierzowi Paszyńskiemu, który podziękował za zorganizowanie wystawy. Po nim głos zabrali kuratorzy wystawy, którymi są Paweł Płoski i Michał Smolis. Twórcy opowiedzieli zarówno o samej wystawie, procesie zbierania materiałów do niej, jak i dokonali wprowadzenia w jej tematykę poprzez krótką charakterystykę specyfiki teatru tamtego czasu. Jako ostatnia na scenę wyszła Barbara Kraftówna, która okazała się być gwiazdą wieczoru. W niezwykle emocjonalny sposób podzieliła się swoimi wspomnieniami zarówno o samym Erwinie Axerze, o teatrze czasu odwilży, jak i o tym jak się odnajdywała Ona sama w tym wszystkim. Co było niezwykle cennym głosem świadka historii.



Z jednej strony należy się wielki podziw i uznanie dla organizatorów za tak sprawne zorganizowanie i poprowadzenie wernisażu, który zgromadził na tyle dużą publikę, że w ostatniej chwili trzeba było jeszcze donosić krzesła. Z drugiej strony, można czuć pewien niedosyt - bo chciało by się móc usłyszeć więcej zarówno o samej postaci, jak i o temacie przewodnim wokół którego przygotowano ekspozycję. Jednak niewykluczone, że właśnie celowo dozowano tu informację, aby jeszcze bardziej zachęcić do udziału w oprowadzaniu kuratorskim, które zostało zaplanowane na najbliższą sobotę czyli 1 kwietnia.

Na koniec nie pozostaje nam nic innego niż zaprosić Was na spacer Krakowskim Przedmieściem, a jeśli będzie Wam po drodze to i na tę wystawę. Chyba, ze wolicie poczekać, aż Wam o niej opowiemy. 

wtorek, 28 marca 2017

12. PZU Półmaraton Warszawski


Ostatnie w marcu niedzielne przedpołudnie postanowiliśmy spędzić na świeżym powietrzu. Wybraliśmy się bowiem na 12. PZU Półmaraton Warszawski. Jedną z wielu imprez biegowych, które na stałe wpisały się warszawski kalendarz.

Jego organizatorem jest Fundacja "Maraton Warszawski", która ma na swoim koncie stworzenie wielu imprez biegowych i akcji społecznych. W tegorocznej edycji półmaratonu wystartowało 13 tysięcy biegaczy, z czego większość stanowili Warszawiacy. 





Wprawne oko kibica, z łatwością mogło znaleźć wśród tłumu uczestników, dobrze znane postacie popularnych blogerów biegowych. Niezwykle barwą i liczna grupę stanowili świetnie również rozpoznawalni dla przeciętnego przechodnia członkowie grupy Spartanie Dzieciom. Tym razem wystawili oni najliczniejszą w swej historii reprezentację, a towarzyszyła im na specjalnym ruchomym podeście nie kto inny, lecz sama Warszawska Syrenka.  Oczywiście nie brakowało też i innych mniej lu bardziej oryginalnych kreacji na zawodniczy stój własny. Najwięcej było chyba Panien Wiosen oraz różnego rodzaju zwierzątek i owoców, nam udało się wyłapać m.in.: Owcę, Banana, Krowę. Nie zabrakło tez bohaterów z kart komiksów: Batmanów, Supermenów czy Spidermanów czy znany z serii o Lucky Luku - gang braci Daltonów. Poza Spartanami można też było spotkać na trasie biegu średniowiecznego rycerza. 




Do mety dotarło dokładnie 12180 uczestników półmaratonu. Z kronikarskiego obowiązku oczywiście podamy wam nazwiska najlepszych zawodników i zawodniczek. I tak o to w dwóch najważniejszych kategoriach prezentowała się czołówka biegowa: 

Mężczyźni Open: 
  • 1.John Kipsang Lotiang (Kenia, 01:01:12) 
  • 2.Masresha Biseteng (Etiopia, 01:01:41) 
  • 3.Hunegnaw Mesfin (Etiopia, 01:01:42)  
Kobiety Open: 
  • 1.Ayantu Gemechu Abdi (Etiopia, 01:10:26) 
  • 2.Peninah Arusei (Kenia, 01:11:31) 
  • 3.Christine Moraa Oigo (Kenia, 01:11:50). 
Dodamy jeszcze, że w pierwszych 10. obu kategorii znaleźli się również Polacy. Wśród mężczyzn: 7 był Yared Shegumo (Polska, 01:03:45), a 10 Łukasz Woźniak (Polska, 01.08.27). Wśród kobiet: 7 była Olga Ochal (Polska, 01:14:05), 9 Anna Szyszka (Polska, 01:18:17), a 10 Michalina Mendecka (Polska, 01:19:44). Całą resztę szczegółowych wyników w poszczególnych podkategoriach wszyscy zainteresowani z łatwością zapewne znajdą na oficjalnej stronie imprezy





Trzeba też odnotować, iż dla zawodników organizatorzy przygotowali 4 punkty żywieniowe. Z dla kibiców zorganizowano aż 23 punkty kibicowania, na których czekały najróżniejsze atrakcje. Jednak fani imprezy oraz poszczególnych zawodników ustawiali się oczywiście na całej trasie, często wypatrując wśród biegaczy swoich bliskich i znajomych aby słowem, gestem, piosenką lub transparentem zagrzać ich do wzmożenia wysiłków.




Na trasie naszego spaceru trafiliśmy na trzy zorganizowane punkty dozwolonego dopingu artystycznego, o których chętnie Wam opowiemy. W jednym do zrobienia sobie selfie z sobą, zachęcał biegaczy znany z reklamowego spotu, jednego z elektronicznych marketów: młodzieniec o długich rudych włosach czyli I-reneusz. Czatował on na śmiałków na wysokości pomnika Powstańców Warszawy. Drugim była młodzieżowa orkiestra jednej z warszawskich szkół, która ulokowała się w przejeździe pod zielonym biurowcem będącym siedzibą IPN i Sądu, co stanowiło swojego rodzaju naturalny wzmacniacz ich muzyki w ten sposób, iż było ich bardziej słychać niż widać, co zapewne wielu zarówno kibiców, jak i biegaczy mogło wprawić w zdziwienie skąd owo granie pochodziło. Trzeci zaś punkt to profesjonalny duet rapera i DJ'a którzy w dynamicznych sekwencjach dopingowali zawodników, do utrzymania tempa już po przekroczeniu linii Wisły i opuszczeniu mostu Gdańskiego, w okolicach 19 kilometra trasy biegu.



Jak już wcześniej wspomnieliśmy kibice dopisali, atmosfera była świetna a organizacja bardzo dobra, przynajmniej z tego co nam udało się zaobserwować. Naprawdę można było mieć poczucie uczestniczenia w czymś wyjątkowym, zarówno przez samych uczestników tego półmaratonu, jak i przez kibiców. Niewątpliwie imprezy tego typu mają bardzo pozytywny przekaz i niosą naprawdę dobre emocje. Stąd pozwalamy sobie niejako wystosować swojego rodzaju apel, do tych którzy mają pewne obawy czy obiekcje wobec organizacji tego typu imprez w Stolicy. Zachęcamy byście wybrali się na jedną z nich i sami na własne oczy przekonali się z czym mamy do czynienia. Wbrew pozorom, miasto ani nie było zakorkowane - no bo co to za ruch jest w Warszawie w niedzielne wiosenne przedpołudnie? Ani nikt kto chciał nie miał problemu z dotarciem tam gdzie chciał, łącznie z licznymi uczestnikami harcerskiego Rajdu Arsenał, który odbywał się tuż po sąsiedzku, w stosnku do ostatniego odcinka trasy półmaratonu. Ani też nie straciło na tym samo miasto, albowiem jest coś bardzo właśnie wielkomiejskiego w tym, że odbywają się w Warszawie tak jak i w tych największych metropoliach świata, jak Londyn czy Nowy Jork duże cykliczne imprezy biegowe. I to jest po prostu prestiż, że nasza Stolica też w ten poczet może być właśnie liczona.  


Na koniec powinniśmy tradycyjnie zaprosić wszystkich naszych czytelników na spacer. Zrobimy jednak coś innego, Zaczyna się właśnie prawdziwa wiosna, który sprzyja wszelkim aktywnościom sportowym. Dlatego właśnie gorąco zachęcamy Was nie tylko do biegania, ale również jazdy na rowerze, czy jakiegokolwiek innego aktywnego spędzania czasu w ruchu. Miejcie przy tym oczy szeroko otwarte, może gdzieś na jakieś trasie właśnie Nas spotkacie.

czwartek, 16 marca 2017

Madame Curie na wielkim ekranie


W ostatnim czasie wreszcie udało się nam wybrać do kina. Nasz wybór padł na film poświęcony postaci bez wątpienia najsłynniejszej Polki i Warszawianki zarazem. Mowa oczywiście o Marii Skłodowskiej-Curie i o filmie dokładnie pod takim tytułem. Idąc na seans do naszego ulubionego kina na placu amerykańskiego prezydenta zdawaliśmy sobie rzecz jasna sprawę z ograniczeń i uwarunkowań jakie towarzyszą przenoszeniu biografii na filmową taśmę. Nakręcenie dobrego dokumentu to naprawdę duże wyzwanie i tytaniczna praca, lecz stworzenie dobrej fabuły na kanwie wydarzeń lub postaci historycznych to wyzwanie jeszcze większego kalibru. Wiadomo, że kino to biznes, a ten się kieruje żelaznymi regułami podaży i popytu, czyli towar musi mieć odpowiednio wielu nabywców by koszta inwestycji zwróciły się producentowi.


Stąd musimy przyznać, iż nasze wrażenia są bardzo mocno mieszane od pierwszej chwili gdy projekcja się rozpoczęła, aż do momentu gdy piszemy ten post. Tym co nas uderzyło jako pierwsze był fakt, iż w całym filmie wszystkie kwestie są w języku francuskim, a po polsku pada dosłownie kilka zdań ! Film jest koprodukcją kilku krajów, w tym Polski, dlatego w pełni zrozumiałe byłoby przyjęcie konwencji anglojęzycznej. Wiadomo bowiem, że dużo łatwiej dystrybuować film w ten sposób, szczególnie organizując pokazy dla mediów w celu rozpropagowania go.

O tyle o ile jeszcze można odpuścić kwestię języka, o tyle zupełnie niezrozumiałym wydaje się niemal całkowite pominięcie kontekstu kraju pochodzenia głównej bohaterki i jej żarliwego patriotyzmu pielęgnowanego od lat dziecinnych. Praktycznie nie ma szans by przypadkowy, nieznający postaci dwukrotnej noblistki widz skojarzył, że film opowiada o Polce. Skoro zaś obraz ten kręcony był w języku francuskim to śmiało można założyć, że będzie też kierowany do francuskiej publiki kinowej. I tak oto łatwo w oczach międzynarodowej publiki może utrwalić się błędny stereotyp jakoby Madame Curie była Francuzką.


Na szczęście film skupia się głównie wokół warstwy obyczajowej i wątku relacji owdowiałej już Marii z byłym asystentem, a późniejszym profesorem Paulem Langevinem. Cała praca naukowa, odkrycia są tylko pretekstem do opowiedzenia historii skandalu który mało nie doprowadził do pominięcia głównej bohaterki przy przyznaniu Nagrody Nobla z chemii w roku 1911. Można mieć wrażenie, że dużo istotniejsze dla reżyserki Marie Noelle wydawały się być kwestie walki o prawa kobiet, w tym szczególnie te do wykładania na uczelniach wyższych i bycia pełnoprawnymi obywatelkami świata nauki. Trzeba tu jednak zaznaczyć, że Maria Skłodowska jeśli o coś walczyła to przede wszystkim o możliwość kontynuowania prowadzonych wspólnie z mężem badań nad zastosowaniem pierwiastków promieniotwórczych w medycynie.


W filmie tym jest jak w przysłowiowym szwajcarskim serze więcej dziur niż spodziewanej zawartości. Wątków z życiorysu Marii Skłodowskiej-Curie pominiętych jest wprost cała masa. Akcja filmu klamrowo spina się wokół dwóch uhonorowań Nagrodą Nobla, co ma pewien sens. Z obrazu tego można się również dowiedzieć czegoś ciekawego. Jak choćby o udziale w konferencji Solvayowskiej w gronie samych mężczyzn, czy o wzajemnej przyjaźni dwojga wybitnych naukowców Marii Skłodowskiej i Alberta Einsteina. Ale również o tym, że Salomea - bo tak brzmiało jej drugie imię, lubiła sport - pływanie i jazdę na rowerze, brała bardzo serio kwestię edukacji domowej swych córek i dzieci przyjaciół szczególnie w zakresie nauk ścisłych. Bardzo dobrze ukazane są tu również realia pracy naukowej w niezwykle trudnych warunkach szopy przystosowanej na laboratorium, gdzie wszystko trzeba było wykonać własnoręcznie. Małżonkowie wraz z asystentami, osobiście zajmowali się zarówno naprawami przeciekającego dachu, jak i przygotowaniem wszystkich odczynników do eksperymentów. Widać, że przełomowe odkrycia naukowe z pogranicza chemii i fizyki, rodziły się w trudzie i znoju, często ciężkiej fizycznej pracy. 

W ten poczet atutów filmu można też zaliczyć, co prawda dość słabo zarysowany w filmie, wątek relacji Marii ze starszą siostrą dr Bronisławą Dłuską, która dzielnie służyła wsparciem zarówno dobrą radą, jak i pomocą w wychowaniu córek czy prowadzeniu domu. Przy dobrym wsłuchiwaniu się w dialogi sióstr można też wyłuskać kwestie kontaktów z Polakami uprawiającymi naukę w trudnych realiach zaborów i sztucznego podziału ziem Polski. Choć duża szkoda, że nie pokuszono się o odmalowanie tego wątku w dużo szerszej perspektywie, co byłoby niewątpliwie łatwiejsze w odbiorze dla przeciętnego widza. Życiorys bohaterki dawał bowiem ku temu wiele okazji, począwszy od dzieciństwa spędzonego w Warszawie, aż po udział w Służbach Medycznych na froncie I wojny światowej, gdzie Maria sama zorganizuje punkty i wozy z aparaturą do prześwietleń rannych żołnierzy, by móc ich lepiej operować.


Za próbę pewnego urealnienia tej gorzko-słodkiej ze swej natury historii miłosnej, dziejącej się pomiędzy laboratorium, a katedrą Sorbony należy uznać wstawienie na końcu kilku plansz informacyjnych. Zabieg ten z przywołaniem już konkretnych faktów z życia, a także pośmiertnego uhonorowania postaci Marii Skłodowskiej-Curie, dodaje także kilka punktów jeśli chodzi o stronę biograficzną filmu. Bo pod względem fabuły obraz ten ogląda się dobrze. Nie ma w nim dłużyzn, nie ma jakiś niezrozumiałych wątków czy kompletnie nieuzasadnionych zwrotów lub przeskoków akcji. Jednak dobór przedstawionych wątków natury osobistej i sposób ich rozwinięcia, wobec słabo ukazanej działalności naukowej i patriotycznej, wydaje się być dalekim od ideału. Z drugiej strony może to i dobrze, że właśnie taki film powstał. Dzięki temu ciągle jest miejsce i przestrzeń by dalej eksploatować na małym i dużym ekranie historię Polki, która choć studiowała i wykładała na Sorbonie, w końcu została członkiem Akademii Nauk w Paryżu, a wcześniej w Sztokholmie dwukrotnie odebrała nagrodę Nobla z nauk ścisłych, to jednak jak zawsze podkreślała, że urodziła się w Warszawie. A choć ciało Jej pod koniec wieku XX spoczęło w ołowianej trumnie w Panteonie, to serce przy Polsce na zawsze pozostało.

Na koniec jak zwykle chcemy Was zaprosić na spacer, wiosnę czuć w powietrzu i warto się ruszyć - chociażby do kina piechotą, a po drodze patrzeć uważnie, bo wokół Nas pełno jest ścieżek, którymi także kiedyś kroczyli Nobliści. O tym jednak opowiemy Wam innym razem.

niedziela, 12 marca 2017

60-lecie Hutnika Warszawa na Żoliborzu


Dziś po raz kolejny chcieliśmy zaprosić wszystkich naszych czytelników do jednej z plenerowych galerii znajdujących się w Warszawie. Galeria Przystanek, bo tak brzmi jej nazwa, znajduje się na płocie Parku im. Stefana Żeromskiego na Żoliborzu. Tym razem nową wystawę odkryliśmy całkiem przypadkowo wracając z seansu "Maria Skłodowska-Curie" z pobliskiego kina Wisła. 


Ekspozycja, o której dziś chcemy Wam opowiedzieć dotyczy bliskiego naszemu sercu, bielańskiego klubu - Hutnika Warszawa. Wędrująca po Stolicy wystawa jest zatytułowana "Robotnicy i sport. 60-lecie Hutnika Warszawa". Zaś jej organizatorzy to Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Warszawa w Europie, działające przy tym projekcie oczywiście we współpracy z samym klubem sportowym Hutnik Warszawa. Z kolei wsparcie finansowe pochodziło ze środków Fundacji im. Róży Luksemburg. Z kronikarskiego obowiązku wypada tez odnotować, iż swą premierę ekspozycja ta miała 17 stycznia w znajdującej się na Bielanach Mediatece Start-Meta, będącej zresztą całkiem bliskim sąsiadem głównego bohatera wystawy. 



Na kilkunastu planszach utrzymanych w kolorystyce barw klubowych Dumy Bielan znajduje się wiele niezwykle ciekawych, a czasem wręcz intrygujących informacji. Dowiemy się z niej m.in., że Hutnik to nie tylko piłka nożna, ale również sekcje żeglarska, gimnastyki artystycznej, czy w naszej opinii dosyć mało znanej dyscypliny jaką jest crossminton. Tak musieliśmy sprawdzić co ona oznacza ale nie zdradzimy tu tego by nie psuć Wam dobrej zabawy z tego odkrycia. Nas najbardziej jednak zaintrygowała sekcja masowa. Równie interesujący okazał się plan zabudowy terenów Hutnika, na którym odnaleźliśmy wiele obiektów, które obecnie już dawno nie istnieją. Musimy przyznać, że wystawa ta, to pełen przekrój historii klubu w całkiem esencjonalnym wydaniu. Na poszczególnych zdjęciach są  zarówno jego członkowie, zawodnicy - jak i zwykli sympatycy, którzy po dziś dzień licznie zapełniają trybuny stadionu piłkarskiego. 


Sam klub, jak już wspomnieliśmy obchodzi w tym roku 60. urodziny. Jego historia związana jest z pierwszym wytopem stali w Hucie Warszawa, który miał miejsce 29 kwietnia 1957 roku. Jednak już kilka lat wcześniej, bo w 1952 r., kiedy jeszcze trwałą budowa samego kompleksu przemysłowego - Witold Gębicz rozpoczął starania o uruchomienie działalności sportowej w Hucie. Na istniejącym wówczas bielańskim lotnisku postawiono bramki i na takim podłożu rozgrywano pierwsze piłkarskie mecze. Jak możemy dowiedzieć się z wystawy, od początku inicjatywa ta spotkała się z dużym zainteresowaniem ze strony pracowników Huty. Co całkiem łatwo sobie wyobrazić zważywszy na fakt, że wówczas tworzyło się tu zupełnie nowe osiedle mieszkaniowe, przeznaczone głównie dla osób znajdujących zatrudnienie w tym olbrzymim zakładzie pracy. 





Młodzi robotnicy zaangażowali się w organizację klubu do tego stopnia, że jednemu z nich udało się nawet otrzymać buty sportowe od warszawskiej Legii. Wspomniany już wcześniej Witold Gębicz, który sam również był zatrudniony w Hucie Warszawa zauważył, że wielu młodych chłopaków z Młocin spędza swój wolny czas na grze w brydża w tamtejszej świetlicy i zaproponował im grę w nowo tworzącym się klubie. I takie właśnie okoliczności towarzyszyły narodzinom dziś już całkiem dostojnego w latach jubilata.


Na koniec nie pozostaje nam nic innego niż jak zwykle zaprosić wszystkich na spacer. Pogoda robi się ku temu coraz bardziej sprzyjająca, a wystawa będzie czynna tylko do końca marca, dlatego warto się trochę pospieszyć. Tych, którym się to jednak nie uda zapraszamy na oficjalną stronę wystawy gdzie jest ona prezentowana przez cały rok. Jesteśmy przekonani, że nie tylko Bielańczycy czy Żoliborzanie lub wierni fani Hutnika, ale każdy zainteresowany historią sportu w Warszawie znajdzie tam zapewne dla siebie coś interesującego.