niedziela, 30 października 2016

Cmentarz Karaimski


Dziś chcielibyśmy przedstawić Wam jeden z najmniej chyba znanych warszawskich cmentarzy, na którym leżą równie tajemniczy jak i sam cmentarz karaimi.

Dla wielu osób sporym zaskoczeniem może być fakt, że Cmentarz Karaimski znajduje się na Woli, przy ul. Redutowej. Swą historią sięga XIX wieku kiedy to  z Krymu do Warszawy przybyli i osiedlili się tu na stałe kupcy tytoniowi. Wówczas również zakupili od Zarządu Cmentarza Prawosławnego niewielki plac przylegający do Reduty 56. Pierwszy pochówek datowany jest na rok 1890. W 1895 r. zaś pochowany został jeden z fundatorów cmentarza Saduk Osipowicz Kafeli z Kaffy, którego nagrobek zachował się do dziś. Podobnie jak drugi pochodzący z tego okresu, choć prawdopodobnie starszy, to niestety niema jednak pewności do kogo należy.




Podobno początkowo teren otoczony był wysokim, ceglanym murem, który został jednak rozebrany przez okolicznych mieszkańców podczas II wojny światowej. Zarówno kampania wrześniowa, jak i powstanie warszawskie spowodowały, że wiele nagrobków zostało zdewastowanych, zniszczeniu uległy także księgi cmentarne. Wkrótce po wojnie cmentarz został odnowiony i zyskał nowe ogrodzenie. W 1991 r. cmentarz został wpisany do rejestru zabytków. W latach 90. teren nekropoli został powiększony i zyskał nowe ogrodzenie.




Znajduje się na nim kilkadziesiąt mogił, w tym wybitnego polskiego orientalisty, profesora UW Ananiasza Zajączkowskiego, a także ostatniego polskiego karaimskiego hazzana Rafała Abkowicza. Na uwagę zasługują znajdujące się na nagrobkach inskrypcje w języku karaimskim. Przed wojną w Polsce było kilka cmentarzy tego wyznania. Jednak po wymuszonym przesunięciu się granic terytorium Polski na zachód, w jego obrębie pozostał już tylko ten jeden warszawski cmentarz karaimski. Jest on również jednym z niewielu tego typu obiektów na świecie. 

Na koniec nie pozostaje Nam chyba nic innego niż zaprosić wszystkich na spacer. Tym razem zachęcamy by przy jego okazji poznać bliżej tajemniczych nieco Karaimów.  

Tych z naszych czytelników, którzy chcą poznać więcej warszawskich cmentarzy zapraszamy do lektury książek :
  • Mórawski Karol Cmentarze warszawskie : przewodnik historyczny. Warszawa : Wydawnictwo Nowy Świat, 2012
  • Mórawski Karol Przewodnik historyczny po cmentarzach warszawskich. Warszawa : Wydaw. PTTK, 1989
  • Majewski Jerzy S., Urzykowski Tomasz Spacerownik po warszawskich cmentarzach. Warszawa : Agora, [2009]
Zaś tych, których interesują w ogóle cmentarze zapraszamy na ciekawą stronę Cmentarium.

Z kolei jeśli zainteresują Was sami Karaimi to wybór publikacji na ten temat jest wbrew pozorom dosyć duży. My chcielibyśmy zaproponować Wam niektóre z nich :
  • Abkowicz Mariola Karaj jołłary = Karaimskie drogi : Karaimi w dawnej fotografii. [Wrocław] : Bitik. Oficyna Wydawnicza Związku Karaimów Polskich, cop. 2010
  • Karaimi / pod red. Beaty Machul-Telus. Warszawa : Wydawnictwo Sejmowe, 2012
  • Zajączkowski Ananiasz Zarys religii karaimskiej. Wrocław : Bitik. Oficyna Wydawnicza Związku Karaimów Polskich, 2006

sobota, 29 października 2016

Warszawskie ulice w ogniu walki - 29 października 1944 r.

Choć na co dzień sobie tego nie uwiadamiamy, to w drodze do pracy, szkoły, sklepu, a nawet na spacerze z psem, często ocieramy się o historię. Te opowieści o bohaterskich czynach i heroicznych postawach są zaklęte w murach kamienic, chodnikowych płytach, a nawet kocich łbach i starych szynach tramwajowych gdzieniegdzie wciąż wystających spod asfaltu ulic. Czasami wręcz się narzucają w postaci otworów po kulach bijących w oczy przechodniów, na cokołach pomników, fontann, a nawet elewacjach niektórych budynków. To przypomina o sobie Powstanie Warszawskie. Jak co roku w sposób możliwie najbardziej uroczysty staramy się upamiętnić te chwile. Brzmią syreny, zatrzymują się pojazd na ulicach, ludzie na chodnikach, na chwilę nawet czas zatrzymuje się w miejscu. Są znicze, wieńce, łzy wzruszenia i słowa modlitwy, a także wspomnienia o tych co życie oddali za Polskę.

My także mamy swój sposób na upamiętnienie tych wielkich czynów zwykłych Warszawiaków, z sierpniowych i wrześniowych dni roku 1944. Jak co roku, chcemy pomóc Wam w lepszym poznaniu tej tragicznej i wielkiej historii. Jak zapewne trafnie się domyślacie, znów będzie to cykl wpisów w formie kalendarium Powstania Warszawskiego. Tym razem chcemy się skupić na tym by pokazać konkretne miejsca i wydarzenia, tak by można było każdego dnia odwiedzić tych niemych świadków o których wspomnieliśmy na początku postu. Jako źródło dla naszych tegorocznych wpisów w tym cyklu przyjęliśmy książę Jerzy S. Majewski, Tomasz Urzykowski Przewodnik po powstańczej Warszawie.


Krakowskie Przedmieście (Krakauer Strasse) 34
Doprawdy, Opatrzność Boża czuwała nad świątynią i klasztorem sióstr wizytek. Od dzieciństwa lubiłem słuchać opowieści mojej Babci o tym, ja to po kapitulacji Powstania, 29 października 1944 roku, ostatnie z opuszczających klasztor siostrzyczek pozostawiły otwarte drzwi, podparte jedynie deską, po powrocie zastając wszystko w stanie niemal nienaruszonym. Rzeczywistość była mniej optymistyczna.
- Niemcy zrabowali sporo zabytków. Na szczęście część z nich udało się odzyskać. Przepadły jednak obrazy - opowiada siostra archiwistka Maria Chodyko.
Najcenniejsze obiekty jednak ocalały, gdyż zakonnice wywiozły je z Warszawy.
- W lipcu 1944 roku, przed samym wybuchem Powstania, kto żyw przywoził z prowincji swe skarby do Warszawy. Spodziewano się, że nadchodząca Armia Czerwona, znana ze swych rabunkowych wyczynów, nie będzie tak bezkarna w dużym stołecznym mieście. Siostrzyczki jednak nie znały się na działaniach wojennych i wbrew powszechnie przyjętym zasadom, zabrały co cenniejsze obiekty do Łowicza i Przysuchy - pisał Michał Grabowski w "Roczniku Warszawskim".
Ślady powstańczych walk pozostały na kutych, osiemnastowiecznych kratach w rozmównicach i oknach klasztoru. W 1945 roku było ich znacznie więcej.
- Elewacje budynku były dziurawe od pocisków jak ser szwajcarski - wspomina siostra Maria Chodyko. 

Jak dobrze wiecie, jedną z naszych tradycji jest zachęcanie Was do spacerów, tak by miasto i jego historię poznawać przez nogi. Tym razem proponujemy, byście lekko zmodyfikowali swoją rutynę trasy z domu lub do niego, tak by przez te 63 zahaczyć przynajmniej o kilka z tych miejsc. Uważamy, że warto zabrać ze sobą świeczkę, kwiat lub jakiś inny przedmiot którym zechcecie wyrazić swoją pamięć o Powstańcach. Niech widzą, że Warszawiacy wciąż pamiętają ! A jeśli będziecie mieć odrobinę szczęścia, to kto wie może jeszcze uda wam się spotkać jednego lub jedną z nich, a wtedy może się stać coś co pozostanie z Wami na zawsze. Spotkanie z prawdziwym bohaterem z krwi i kości, człowiekiem który już za życia został legendą. I to jest coś niezwykłego czego Wam serdecznie życzymy, bo nam było to dane więcej niż raz, a ciągle nam mało, a w więc w drogę, idźmy i pamiętajmy, żywi i umarli czekają na nas !!

czwartek, 27 października 2016

Sen o mieście


Jesień nie bardzo sprzyja spacerom ale i tak chcieliśmy zaprosić Was na dobrze już Wam znany skwer ks. Twardowskiego. Po raz kolejny Dom Spotkań z Historią prezentuje tam ciekawą wystawę plenerową. Tym razem zatytułowana jest ona Sen o Mieście. Warszawa lat 50. i 60. na zdjęciach Zbyszka Siemaszki ze zbiorów agencji FORUM. Jest to już kolejna wystawa zdjęć tego autora, którą możemy tu oglądać, o poprzedniej już Wam kiedyś opowiadaliśmy. 




Zdjęcia, które tym razem znalazły się na ekspozycji, pochodzą z lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Ukazują one Warszawę tętniącą życiem, dzięki odbudowie podnoszącą się z wojennych zniszczeń. Stolica jawi się tu już jak prawdziwa europejska metropolia. Uważny obserwator znajdzie wiele dobrze znanych miejsc, ale również wiele, które już zniknęły z mapy Warszawy.





Sylwetkę autora najlepiej przybliżono na stronie Domu Spotkań z Historią : Zbyszko Siemaszko urodził się 30 sierpnia 1925 w Wilnie w rodzinie fotografów – rodzice, Leonard i Tatiana, prowadzili znany zakład fotograficzny. W czasie wojny Siemaszko należał do 3. Wileńskiej Brygady AK, używał pseudonimu „Swojak”. W 1945 roku transportem „repatriacyjnym” przyjechał do Polski. Mieszkał w Bydgoszczy, a następnie w Katowicach, gdzie uczęszczał do liceum ogólnokształcącego i pracował w tygodniku „Odra” jako fotoreporter. Skończył studia w warszawskiej Szkole Głównej Planowania i Statystyki. W 1949 podjął pracę w Stołecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym (SPB) polegającą na stałej dokumentacji fotograficznej warszawskiego budownictwa. Od 1951 roku był członkiem ZPAF. W latach 1951–1953 dokumentował odbudowę miasta dla Państwowego Przedsiębiorstwa Konserwacji Architektury Monumentalnej. W 1953 rozpoczął współpracę z tygodnikiem „Stolica”, trzy lata później stając się etatowym pracownikiem redakcji. W latach 1969–1990 był fotoreporterem tygodnika „Perspektywy”. Zmarł w 2015 roku. Rodzinną tradycję fotografowania kontynuuje syn artysty, Maciej Siemaszko, który wraz z żoną Jolantą prowadzi przy placu Narutowicza w Warszawie zakład „FOTOGRAFIA. Siemaszkowie, firma istnieje od 1919 roku” Kolekcja negatywów Zbyszka Siemaszki znajduje się w FORUM Polskiej Agencji Fotografów i w Narodowym Archiwum Cyfrowym. Zbyszko Siemaszko zmarł w 2015 roku w wieku 89 lat.





Kuratorami wystawy są Katarzyna Madoń-Mitzner, która jest zastępcą dyrektora DSH do spraw programowych i szef agencji FORUM Krzysztof Wójcik. Ekspozycja uzupełniona ostała materiałami przygotowanymi przez varsavianistę Jerzego S. Majewskiego. Każda tablica opatrzona jest tekstem po polsku i po angielsku. Znajdują się na nich również QRcody, które po zeskanowaniu pozwalają zobaczyć jak prezentowane miejsca wyglądają współcześnie.





Na koniec nie pozostaje nam nic innego niż zaprosić wszystkich naszych czytelników na spacer. Przechadzając się Krakowskim Przedmieściem zaś znajdźcie chwilę by zawitać na skwer ks. Twardowskiego. Wystawa będzie otwarta jedynie do 30 października, dlatego jeśli jesteście zainteresowani to trzeba się pospieszyć. Gdyby zaś komuś wystawa bardzo przypadła do gustu to może się zaopatrzyć w towarzyszący jej dwujęzyczny album.

środa, 26 października 2016

Sherlock nad Wisłą


Któż nie słyszał o najsłynniejszym detektywie świata? Z pewnością każdy kto choć raz, choć przez chwilę zetknął się powieścią kryminalną. Oczywiście bohater dzieł sir Artura Conan Doyla doczekał się wielu konkurentów, jak chociażby w postaci swego belgijskiego odpowiednika, czyli Herculesa Poirot stworzonego przez pierwszą damę tego gatunku Agatę Christie. Im dalej w las, czyli im więcej kryminałów przeczytamy, tym więcej drzew czyli owych prywatnych lub policyjnych detektywów będzie dane nam poznać. W większości przypadków będziemy mieli do czynienia z postaciami żyjącymi w wielkich metropoliach Europy lub Stanów Zjednoczonych. Jednak do tej pory wśród wielu przenikliwych umysłów rozwikłujących węzły zbrodni pozornie mniej lub bardziej doskonałej, nie było dotąd bohatera działającego w Warszawie. 

Lukę tę postanowił wypełnić Adam Podlewski swym książkowym debiutem o klasycznie brzmiącym tytule Honor i Zbrodnia. Na szczęście w przeciwieństwie do kojarzącej się łatwo Zbrodni i Kary, aż tak obszernej powieści tym razem nie uświadczymy. Dlaczego na szczęście ? Bo Zbrodnia do dziś kojarzy się wielu głównie z Karą jaką było przebrnięcie przez kilkadziesiąt pierwszych stron zanim akcja nie nabrała jakiegoś sensownego tempa. Zbrodnią iście było by ten schemat powtarzać. Ten występek z pewnością nie uszedł by sucho nawet samemu Dostojewskiemu. W zamian za to dostajemy niecałe 300 stron powieści co jak na debiut nie jest wynikiem ani złym, ani fenomenalnym, jest po prostu w sam raz.


Tym co nawiązuje do najlepszych wzorców powieści kryminalnej jest zarówno wybór okresu historycznego w jakim dzieje się akcja książki, jak i schemat pary detektywów jako głównych bohaterów. Co więcej sama kompozycja od pierwszych kartek powieści nawiązuje do przepisu jednego z mistrzów gatunku, Alfreda Hitchcocka, znaczy nie - nie zaczyna się od trzęsienia ziemi, ale jest równie efektowanie bo zgodnie z obietnicą tytułu zaczyna się od zbrodni, a niedługo po niej ginie jeden z głównych bohaterów. Zresztą ten drugi też ledwo z życiem ujdzie na dalszych kartach i to bynajmniej nie jeden raz. I nie - nie zdradzamy fabuły, po prostu w tym gatunku tak być musi, trup może nie ściele się gęsto jak u Morrella w Rambo, ale też Jacek Olszowski męstwa będzie musiał dokazać z orężem w ręku wcale nie sporadycznie. Więc niektórzy będą tę książkę pewnie klasyfikować nie jako klasyczny kryminał, a jako powieść awanturniczą, przygodową czy może nawet łotrzykowską. Jeśli chcą niech klasyfikują, lub spytają w końcu autora na której półce stawiać jego dzieło, nie zmienia to faktu – że w książce jest morderstwo (nie jedno!) i jest zagadka, więc my przy tej konwencji detektywistycznej pozostaniemy.

Czego w książce nie ma ? Z pewnością zawiodą się ci którzy będą szukali tu prostej zagadki, lub jakiejś wysoce skomplikowanej intrygi. W naszym przekonaniu cała akcja utworu jest pretekstem, do poznania bohatera, czasów i miejsc, czyli świata w którym będzie się toczyć cała historia. Jak bowiem można było się dowiedzieć z wypowiedzi autora na spotkaniu promocyjnym, na jednej książce o przygodach Olszowskiego czyli Serduszka nie zamierza on poprzestać. I faktycznie uważny czytelnik przy uważnym przyjrzeniu się w trakcie lektury dostrzeże wątki wychodzące zarówno w przyszłość, jak i w przeszłość bohaterów, choć ta ostatnia jest też odmalowana już i w tym debiucie. To duża odwaga ze strony autora by w jednej powieści prowadzić niejako równolegle dwa wątki chronologicznie od siebie oddalone. I Podlewskiemu udaje się to całkiem nieźle. Dowiadujemy się dzięki temu jak to się stało, że głowni bohaterowie zajmują się tą profesją, co przecież nie jest wcale oczywiste. Bo przecież mamy do czynienia nie z policjantem na etacie, a kimś kto na początku pół oficjalnie, a potem już całkiem nieoficjalnie, mimo propozycji zmiany tego stanu rzeczy, prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa.

To co może niektórych zaskoczyć albo i nawet zniesmaczyć jest fakt, że w trakcie rozwoju akcji spotykamy wraz z bohaterem całą plejadę postaci rzeczywistych i to pierwszoplanowych jeśli chodzi o wydarzenia historyczne jak Cesarza Napoleona i Wielkiego Księcia Konstantego, a także wybitnych przedstawicieli świata kultury jak małoletnich Fryderyka Chopina i Ignacego Krasińskiego.

Poznajemy też Warszawę i prowincję z tego okresu, typowe dla ówczesnych czasów relacje międzyludzkie i życie na ulicach miasta, w chatach rybackich i w rezydencjach magnackich, a także w pałacach i koszarach. Słowem maluje nam autor Polskę, choć nie ma jej już na mapach, to pozostaje ciągle obecna w sercach, myślach i pragnieniach postaci z kart książki. I tu ujawnia się tajemnica drugiej części tytułu książki, bowiem tym co często zajmuje myśli głównego bohatera jest poczucie honorowości w postępowaniu i dylematy z tym związane. Coś co nam współczesnym wydaje się tak odległe i nierealne, a może nawet i fascynujące, gdy ciągle słowo dawało się na serio i za nie umierało.


Tak więc Honor i Zbrodnia ma swój klimat, który autor umiejętnie buduje takimi wstawkami jak raporty arcyszpiega Księcia Konstantego – Makrotta, czy wskrzeszenie dawnych nazw rejonów dzisiejszej stolicy lub retrospekcją wcześniej prowadzonego dochodzenia, a nawet wątek podróży powietrznej i odwrotu Wielkiej Armii spod Moskwy oraz lekko zarysowany taki tlący się na granicy domysłu czytelnika wątek romantyczny. Widać, że autor postawił sobie ambitne cele i udało mu się je wszystkie w miarę sprawnie upakować w jednej książce i połączyć nićmi fabuły. Dzieje się dużo i momentami zaskakująco dla czytelnika jedna historia ulega zwieszeniu, a zaczyna się jakby zgoła inna. Jest więc ciekawie, zanim zacznie się robić nudno. Tak więc książkę Podlewskiego czyta się szybko. Jest wiele aluzji i wątków, które dobry znawca historii Polski i powszechnej z ogromną łatwością wychwyci. A tych mniej z dziejami kontynentu zaznajomionymi może i skłoni do poszerzenia swej wiedzy o tym trudnym przecież dla Nas Polaków długim wieku XIX. 

Czy książka Podlewskiego ma jakieś wady? Tak, ma jak każdy wytwór ludzkiej kreatywności przecież, jest niedoskonała. Więc jeśli ktoś by ich szukał, to można powiedzieć, iż jest fragmentami nierówna. Widać, że autor wcześniej raczej gustował w krótszych formach, typu opowiadania. Jedne wątki są lepiej, a inne trochę gorzej prowadzone. Brak zbalansowania między bardzo rozbudowanym tłem i pejzażem historycznym, a momentami akcją która jak w piosence o kozaku i kresach, nie tylko nie płynie tak wartko jak by mogła, ale wręcz ciecze. Obfitością występujących w tej powieści wielkich postaci historycznych z pewnością można by obsadzić z powodzeniem nie jeden ale kilka jej tomów. Widać, że autor świetnie czuje tematykę wojskowości i okresu napoleońskiego, a trochę bark tej lekkości pióra i śmiałości przy kreacji wątków nawet i li tylko stricte romantycznych. Bo skoro, jest przemoc, krew, wojna i śmierć, to dla równowagi powinno być więcej życia, radości i miłości. I tu się odezwie głos za, a nawet przeciw niczym nasz były prezydent: bo z jednej strony to co jest wielką wartością tej książki, czyli bardzo wielka wierności faktom i realiom historycznym, jest też zarazem tym co ją najbardziej krępuje. Gdzieś tam może i trochę przebłyskuje jakiś ognik fantastyki, w postaci wywoływania ducha zmarłego za pomocą tajemniczego rekwizytu ze skrzyneczki, ale to za mało. A z takim obyciem autora w realiach różnych konwencji świata s-f aż się prosiło o więcej takich wątków. W końcu wiek XIX to moda na spirytyzm, który wtedy wchodził na salony i można było śmiało ten wątek eksplorować w powieści.


Prawie na koniec taka ciekawa sugestia, że może całość by się jeszcze lepiej czytała, gdyby autor i wydawnictwo zdecydowali się na śmiały krok i wskrzesili dawną dobrą tradycję powieści gazetowej w odcinkach ? Wszak wielu wielkich polskich literatów w ten sposób pisało i publikowało, a była też i to tradycja wielu polskich fanzinów czy nawet późniejszych magazynów fantastyczno-naukowych. Tak więc byłby to piękny pretekst do połączenia dwóch wielkich tradycji. Jednak nie narzekając zbytnio cieszymy się z powiewu nowości i gratulujemy autorowi debiutu w większej formie, a wydawnictwu odważnej decyzji by budować biblioteczkę książek nie tylko popularnonaukowych o Warszawie mówiących, ale także i beletrystyki, w której akcja dzieje się w stolicy. 

A nam jak zwykle nie pozostaje nam nic innego niż jak zwykle zachęcić naszych czytelników do spaceru, jeśli nie ulicami stolicy bo deszczowa aura niezbyt sprzyja dłuższym wojażom po Warszawskich brukach, to chociażby na kartach książek jej poświęconych.

piątek, 14 października 2016

Warszawskie ulice w ogniu walki - 14 października 1944 r.

Choć na co dzień sobie tego nie uwiadamiamy, to w drodze do pracy, szkoły, sklepu, a nawet na spacerze z psem, często ocieramy się o historię. Te opowieści o bohaterskich czynach i heroicznych postawach są zaklęte w murach kamienic, chodnikowych płytach, a nawet kocich łbach i starych szynach tramwajowych gdzieniegdzie wciąż wystających spod asfaltu ulic. Czasami wręcz się narzucają w postaci otworów po kulach bijących w oczy przechodniów, na cokołach pomników, fontann, a nawet elewacjach niektórych budynków. To przypomina o sobie Powstanie Warszawskie. Jak co roku w sposób możliwie najbardziej uroczysty staramy się upamiętnić te chwile. Brzmią syreny, zatrzymują się pojazd na ulicach, ludzie na chodnikach, na chwilę nawet czas zatrzymuje się w miejscu. Są znicze, wieńce, łzy wzruszenia i słowa modlitwy, a także wspomnienia o tych co życie oddali za Polskę.

My także mamy swój sposób na upamiętnienie tych wielkich czynów zwykłych Warszawiaków, z sierpniowych i wrześniowych dni roku 1944. Jak co roku, chcemy pomóc Wam w lepszym poznaniu tej tragicznej i wielkiej historii. Jak zapewne trafnie się domyślacie, znów będzie to cykl wpisów w formie kalendarium Powstania Warszawskiego. Tym razem chcemy się skupić na tym by pokazać konkretne miejsca i wydarzenia, tak by można było każdego dnia odwiedzić tych niemych świadków o których wspomnieliśmy na początku postu. Jako źródło dla naszych tegorocznych wpisów w tym cyklu przyjęliśmy książę Jerzy S. Majewski, Tomasz Urzykowski Przewodnik po powstańczej Warszawie.


Plac Trzech Krzyży (Dreikreuzplatz) 4/6
W gmachu Instytutu Głuchoniemych i Ociemniałych stacjonowała Warszawska Drużyna Harcerska nr 1, co upamiętnia tablica wmurowana w ścianę głównej klatki schodowej budynku.
Jedną z harcerek 1. drużyny była Katarzyna Kujawska "Kasia". W ostatnich dniach Powstania uczestniczyła w patrolach sanitarnych, przemierzających Śródmieście Południowe. W Powstaniu ranne zostały dwie jej koleżanki z drużyny. 
- Jedna doznała złamania podstawy czaszki, gdy przeskakiwała przez rumowisko kina Napoleon, zbombardowanego 2 września. Wszystkie jednak przeżyłyśmy - mówi "Kasia".
W pierwszym dniu października nastąpiło zawieszenie broni. Nagle zrobiło się cicho. Jak ustalono, exodus ludności cywilnej miał się zacząć następnego dnia. Dziewczęta miały iść do niewoli razem z komendantką, kapral Jolantą Wedecką "Letą", i plutonem sierżanta Edmunda Malinowskiego "Mundka".
- Komendantka podjęła decyzję, że dwie z nas muszą pozostać w Warszawie. Z własnej woli za nic w świecie nie zostałabym w mieście, ale to był rozkaz. Wybrano nas, bo ja miałam ojca ukrywającego się pod Radomiem, a moja koleżanka Zofia Zawadzka "Koza" rodziców w Radości. Inne dziewczęta nic nie wiedziały i losach swych rodzin - opowiada Katarzyna Kujawska.
Zgłosiły się do szpitala przy ulicy Jaworzyńskiej. Był to szpital cywilny, zajmujący kilka kamienic w sąsiedztwie obecnego Teatru Współczesnego. Leżało w nim wielu cywilów i Powstańców.
- Nakazano nam likwidowanie punktów sanitarnych i przenoszenie materiałów do szpitala. Dla mnie była to praca bardzo ciężka i fizycznie i psychicznie - opowiada "Kasia".
Przedzierały się przez dymiące i częściowo zrujnowane ulice, ciągle natykając się na niemieckie patrole. Tak dotrwały do 14 października. Szabrowniczka, która przychodziła do szpitala, powiedziała, że można wyjść z Warszawy przez Dolny Mokotów.
- Zdecydowałyśmy, że wyjdziemy 15 października. Szłyśmy Puławską, a potem Belgijską. Najpierw zatrzymał nas patrol niemiecki - puścili. Potem natknęłyśmy się na patrol ze wschodniomuzułmańskiego pułku SS. Jeden z nich koniecznie chciał mnie wykorzystać. Ja jednak uciekłam, mówiąc, że wieczorem możemy umówić się na randkę. Innym kobietom to się nie udało. Zostały zatrzymane i przypuszczalnie zgwałcone - mówi "Kasia".
Wieczorem dotarły do Pyr. Były zaskoczone, widząc normalne życie. Tutaj kobiety były umalowane, w sklepach sprzedawano ciastka, one zaś były głodne. W Pyrach nikt nie chciał ich przyjąć na noc. Ludzie bali się Niemców, przeszukujących domy w poszukiwaniu Powstańców. Nocowały gdzieś na słomie. Potem wędrowały w stronę Babic. Gdy po kilku dniach "Kasia" dotarła do majątku swego wuja w Czaplinie koło Góry Kalwarii, okazało się, że stacjonuje w nim SS.

Jak dobrze wiecie, jedną z naszych tradycji jest zachęcanie Was do spacerów, tak by miasto i jego historię poznawać przez nogi. Tym razem proponujemy, byście lekko zmodyfikowali swoją rutynę trasy z domu lub do niego, tak by przez te 63 zahaczyć przynajmniej o kilka z tych miejsc. Uważamy, że warto zabrać ze sobą świeczkę, kwiat lub jakiś inny przedmiot którym zechcecie wyrazić swoją pamięć o Powstańcach. Niech widzą, że Warszawiacy wciąż pamiętają ! A jeśli będziecie mieć odrobinę szczęścia, to kto wie może jeszcze uda wam się spotkać jednego lub jedną z nich, a wtedy może się stać coś co pozostanie z Wami na zawsze. Spotkanie z prawdziwym bohaterem z krwi i kości, człowiekiem który już za życia został legendą. I to jest coś niezwykłego czego Wam serdecznie życzymy, bo nam było to dane więcej niż raz, a ciągle nam mało, a w więc w drogę, idźmy i pamiętajmy, żywi i umarli czekają na nas !!

środa, 5 października 2016

Warszawskie ulice w ogniu walki - 5 października 1944 r.

Choć na co dzień sobie tego nie uwiadamiamy, to w drodze do pracy, szkoły, sklepu, a nawet na spacerze z psem, często ocieramy się o historię. Te opowieści o bohaterskich czynach i heroicznych postawach są zaklęte w murach kamienic, chodnikowych płytach, a nawet kocich łbach i starych szynach tramwajowych gdzieniegdzie wciąż wystających spod asfaltu ulic. Czasami wręcz się narzucają w postaci otworów po kulach bijących w oczy przechodniów, na cokołach pomników, fontann, a nawet elewacjach niektórych budynków. To przypomina o sobie Powstanie Warszawskie. Jak co roku w sposób możliwie najbardziej uroczysty staramy się upamiętnić te chwile. Brzmią syreny, zatrzymują się pojazd na ulicach, ludzie na chodnikach, na chwilę nawet czas zatrzymuje się w miejscu. Są znicze, wieńce, łzy wzruszenia i słowa modlitwy, a także wspomnienia o tych co życie oddali za Polskę.

My także mamy swój sposób na upamiętnienie tych wielkich czynów zwykłych Warszawiaków, z sierpniowych i wrześniowych dni roku 1944. Jak co roku, chcemy pomóc Wam w lepszym poznaniu tej tragicznej i wielkiej historii. Jak zapewne trafnie się domyślacie, znów będzie to cykl wpisów w formie kalendarium Powstania Warszawskiego. Tym razem chcemy się skupić na tym by pokazać konkretne miejsca i wydarzenia, tak by można było każdego dnia odwiedzić tych niemych świadków o których wspomnieliśmy na początku postu. Jako źródło dla naszych tegorocznych wpisów w tym cyklu przyjęliśmy książę Jerzy S. Majewski, Tomasz Urzykowski Przewodnik po powstańczej Warszawie.


Pałac Kultury i Nauki
Pałac Kultury i Nauko zajmuje przestrzeń do Powstania wypełnioną kamienicami. Te o numerach od 55 do 61 wznosiły się w miejscu dzisiejszych Złotych Tarasów. Na kilka godzin przed wybuchem Powstania Warszawskiego w budynkach tych ulokowali się żołnierze "Żbika" - 2. Harcerskiej Baterii Artylerii Przeciwlotniczej. Oddział liczył ok. osiemdziesięciu osób. Z okien oficyny obserwatorzy mieli znakomity widok na opanowane przez Niemców tereny kolejowe i Dworzec Główny.
Całe uzbrojenie harcerzy to kilkanaście karabinów, pistoletów i granatów. Działka przeciwlotnicze, znajdujące się na Dworcu Głównym, zamierzano dopiero zdobyć na wrogu.
- Wykop kolejowy był dość łatwy do obrony, a przed atakiem lotnictwa i ciężkiej artylerii chroniła na skutecznie bliskość linii niemieckich. Wielokrotnie ostrzeliwaliśmy z karabinów Niemców, znajdujących się w budynku Ministerstwa Komunikacji przy Chałubińskiego oraz w ogrodach pomiędzy Alejami Jerozolimskimi i Hożą, wzdłuż Emilii Plater. Podczas całego Powstania zginęło z naszego oddziału tylko kilku żołnierzy, a kilkunastu zostało rannych - wspominał Kazimierz Rakowski na łamach "Stolicy" w 1979 roku.
Po kapitulacji Powstańcy opuścili zajmowane budynki 5 października, poddając się Niemcom w rejonie placu Karcelego.

Jak dobrze wiecie, jedną z naszych tradycji jest zachęcanie Was do spacerów, tak by miasto i jego historię poznawać przez nogi. Tym razem proponujemy, byście lekko zmodyfikowali swoją rutynę trasy z domu lub do niego, tak by przez te 63 zahaczyć przynajmniej o kilka z tych miejsc. Uważamy, że warto zabrać ze sobą świeczkę, kwiat lub jakiś inny przedmiot którym zechcecie wyrazić swoją pamięć o Powstańcach. Niech widzą, że Warszawiacy wciąż pamiętają ! A jeśli będziecie mieć odrobinę szczęścia, to kto wie może jeszcze uda wam się spotkać jednego lub jedną z nich, a wtedy może się stać coś co pozostanie z Wami na zawsze. Spotkanie z prawdziwym bohaterem z krwi i kości, człowiekiem który już za życia został legendą. I to jest coś niezwykłego czego Wam serdecznie życzymy, bo nam było to dane więcej niż raz, a ciągle nam mało, a w więc w drogę, idźmy i pamiętajmy, żywi i umarli czekają na nas !!

wtorek, 4 października 2016

Warszawskie ulice w ogniu walki - 4 października 1944 r.

Choć na co dzień sobie tego nie uwiadamiamy, to w drodze do pracy, szkoły, sklepu, a nawet na spacerze z psem, często ocieramy się o historię. Te opowieści o bohaterskich czynach i heroicznych postawach są zaklęte w murach kamienic, chodnikowych płytach, a nawet kocich łbach i starych szynach tramwajowych gdzieniegdzie wciąż wystających spod asfaltu ulic. Czasami wręcz się narzucają w postaci otworów po kulach bijących w oczy przechodniów, na cokołach pomników, fontann, a nawet elewacjach niektórych budynków. To przypomina o sobie Powstanie Warszawskie. Jak co roku w sposób możliwie najbardziej uroczysty staramy się upamiętnić te chwile. Brzmią syreny, zatrzymują się pojazd na ulicach, ludzie na chodnikach, na chwilę nawet czas zatrzymuje się w miejscu. Są znicze, wieńce, łzy wzruszenia i słowa modlitwy, a także wspomnienia o tych co życie oddali za Polskę.

My także mamy swój sposób na upamiętnienie tych wielkich czynów zwykłych Warszawiaków, z sierpniowych i wrześniowych dni roku 1944. Jak co roku, chcemy pomóc Wam w lepszym poznaniu tej tragicznej i wielkiej historii. Jak zapewne trafnie się domyślacie, znów będzie to cykl wpisów w formie kalendarium Powstania Warszawskiego. Tym razem chcemy się skupić na tym by pokazać konkretne miejsca i wydarzenia, tak by można było każdego dnia odwiedzić tych niemych świadków o których wspomnieliśmy na początku postu. Jako źródło dla naszych tegorocznych wpisów w tym cyklu przyjęliśmy książę Jerzy S. Majewski, Tomasz Urzykowski Przewodnik po powstańczej Warszawie.


Moniuszki 10
Słynna powstańcza radiostacja powstała na rozkaz Komendy Głównej AK. W zakonspirowanym warsztacie, na strychu wynajętego domu pod Częstochową, zbudowali ją Antoni Zębik "Biegły" i Bolesław Drożdż.
- Radiostacja była gotowa w sierpniu 1943 roku. Podczas jej prób antenę wysuwaliśmy kominem i nadawaliśmy niemieckie szlagiery. Niemcy się nie zorientowali - wspomina konstruktor.
Nadajnik przywieziono do Warszawy w końcu 1943 roku. W dniu wybuchu Powstania Warszawskiego nie udało się go uruchomić, gdyż do środka dostała się wilgoć i części urządzenia zardzewiały. Naprawiona "Błyskawica" zaczęła nadawać dopiero 8 sierpnia - cztery razy dziennie po polsku i dwa razy dziennie po angielsku. Kilkakrotnie ją przenoszono, z ulicy Jasnej do lokalu Adria przy Moniuszki, potem do sowieckiej ambasady przy Poznańskiej, w końcu - do gmachu biblioteki przy Koszykowej. 4 października, po emisji ostatniego komunikatu, szef techniczny "Błyskawicy" podporucznik Jan Giorgica "Grzegorzewicz" zniszczył radiostację.  

Jak dobrze wiecie, jedną z naszych tradycji jest zachęcanie Was do spacerów, tak by miasto i jego historię poznawać przez nogi. Tym razem proponujemy, byście lekko zmodyfikowali swoją rutynę trasy z domu lub do niego, tak by przez te 63 zahaczyć przynajmniej o kilka z tych miejsc. Uważamy, że warto zabrać ze sobą świeczkę, kwiat lub jakiś inny przedmiot którym zechcecie wyrazić swoją pamięć o Powstańcach. Niech widzą, że Warszawiacy wciąż pamiętają ! A jeśli będziecie mieć odrobinę szczęścia, to kto wie może jeszcze uda wam się spotkać jednego lub jedną z nich, a wtedy może się stać coś co pozostanie z Wami na zawsze. Spotkanie z prawdziwym bohaterem z krwi i kości, człowiekiem który już za życia został legendą. I to jest coś niezwykłego czego Wam serdecznie życzymy, bo nam było to dane więcej niż raz, a ciągle nam mało, a w więc w drogę, idźmy i pamiętajmy, żywi i umarli czekają na nas !!

poniedziałek, 3 października 2016

Warszawskie ulice w ogniu walki - 3 października 1944 r.

Choć na co dzień sobie tego nie uwiadamiamy, to w drodze do pracy, szkoły, sklepu, a nawet na spacerze z psem, często ocieramy się o historię. Te opowieści o bohaterskich czynach i heroicznych postawach są zaklęte w murach kamienic, chodnikowych płytach, a nawet kocich łbach i starych szynach tramwajowych gdzieniegdzie wciąż wystających spod asfaltu ulic. Czasami wręcz się narzucają w postaci otworów po kulach bijących w oczy przechodniów, na cokołach pomników, fontann, a nawet elewacjach niektórych budynków. To przypomina o sobie Powstanie Warszawskie. Jak co roku w sposób możliwie najbardziej uroczysty staramy się upamiętnić te chwile. Brzmią syreny, zatrzymują się pojazd na ulicach, ludzie na chodnikach, na chwilę nawet czas zatrzymuje się w miejscu. Są znicze, wieńce, łzy wzruszenia i słowa modlitwy, a także wspomnienia o tych co życie oddali za Polskę.

My także mamy swój sposób na upamiętnienie tych wielkich czynów zwykłych Warszawiaków, z sierpniowych i wrześniowych dni roku 1944. Jak co roku, chcemy pomóc Wam w lepszym poznaniu tej tragicznej i wielkiej historii. Jak zapewne trafnie się domyślacie, znów będzie to cykl wpisów w formie kalendarium Powstania Warszawskiego. Tym razem chcemy się skupić na tym by pokazać konkretne miejsca i wydarzenia, tak by można było każdego dnia odwiedzić tych niemych świadków o których wspomnieliśmy na początku postu. Jako źródło dla naszych tegorocznych wpisów w tym cyklu przyjęliśmy książę Jerzy S. Majewski, Tomasz Urzykowski Przewodnik po powstańczej Warszawie.


Pruszków - 3 Maja
Przez potężne hale obozu przejściowego w Pruszkowie przeszła w 1944 roku wypędzona ludność stolicy. Dulag 121 powstał na ogromnym, pięćdziesięciohektarowym obszarze dawnych warsztatów kolejowych w Pruszkowie.
- Już 5 sierpnia 1944 roku żołnierze niemieccy przy pomocy polskich kolejarzy malowali ogromne numery na ścianach opuszczonych hal i rozciągali wokół nich zasieki z drutu kolczastego - pisał Zdzisław Zaborski w książce "Tędy przeszła Warszawa".
Pierwsza kolumna kilku tysięcy starców, kobiet i dzieci przybyła tu pieszo z Woli 6 sierpnia. Nie było wśród nich mężczyzn, których Niemcy masowo wówczas rozstrzeliwali. Puste hale pozbawione były wody i urządzeń sanitarnych. 
Kolejne transporty docierały do Pruszkowa m.in. koleją, przez bramę nr 14. O organizacji obozu Niemcy poinformowali przedstawicieli pruszkowskiej delegatury Rady Głównej Opiekuńczej. Początkowo kierownictwo obozu leżało w gestii pruszkowskich władz okupacyjnych oraz żandarmerii. Od 12 sierpnia władzę nad obozem przejął Wehrmacht pod dowództwem pułkownika Kurta Siebera. Jak pisze Zaborski - faktyczna władza znajdował się jednak w rękach Policji Bezpieczeństwa i komendanta, SS-Obersturmführera Gustawa Diehla i jego zastępcy, SS-Untersturmführera Wetke. Obaj byli bezwzględni i okrutni. Urzędowali w zielonym wagonie, usytuowanym pośrodku obozu, a tuż obok znajdowało się obozowe więzienie, które Niemcy stworzyli z dwóch wagonów towarowych.
Obóz składał się z ośmiu wielkich hal. Całość otoczona była betonowym murem z wieżami strażniczymi. Część hal przetrwała do dziś, a na terenie byłego obozu ustawiono wiele pamiątkowych głazów i tablic. Szacuje się, że przez obóz przeszło sześćset pięćdziesiąt tysięcy ludzi - w tym sto tysięcy mieszkańców podwarszawskich osiedli. Trzysta pięćdziesiąt tysięcy osób przewieziono do różnych miejscowości w granicach Generalnego Gubernatorstwa, sto pięćdziesiąt tysięcy na roboty do Niemiec, a pięćdziesiąt tysięcy - do obozów koncentracyjnych. Spośród wywiezionych do obozów większość już nie wróciła. 
Pobyt w Pruszkowie trwał od kilku dni do tygodnia. Liczbę osób, którym udało się uciec bądź wydostać jakąś nielegalną drogą, szacuje się na ok. sto tysięcy. Obóz istniał do 10 października, ale i później Niemcy wykorzystywali jego teren, zwożąc tu z podwarszawskich miejscowości ludzi zagarniętych w łapankach.
1 października 2010 roku na terenie dawnych Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Pruszkowie otwarto Muzeum Dulag 121, poświęcone obozowi i tym, którzy przezeń przeszli. Dzięki współpracy z zespołem historyków MPW ekspozycja ta stanowi stylistyczną i merytoryczną kontynuację ekspozycji Muzeum Powstania Warszawskiego, ukazując exodus ludności, funkcjonowanie Dulagu 121, pomoc dla przetrzymywanych.

Jak dobrze wiecie, jedną z naszych tradycji jest zachęcanie Was do spacerów, tak by miasto i jego historię poznawać przez nogi. Tym razem proponujemy, byście lekko zmodyfikowali swoją rutynę trasy z domu lub do niego, tak by przez te 63 zahaczyć przynajmniej o kilka z tych miejsc. Uważamy, że warto zabrać ze sobą świeczkę, kwiat lub jakiś inny przedmiot którym zechcecie wyrazić swoją pamięć o Powstańcach. Niech widzą, że Warszawiacy wciąż pamiętają ! A jeśli będziecie mieć odrobinę szczęścia, to kto wie może jeszcze uda wam się spotkać jednego lub jedną z nich, a wtedy może się stać coś co pozostanie z Wami na zawsze. Spotkanie z prawdziwym bohaterem z krwi i kości, człowiekiem który już za życia został legendą. I to jest coś niezwykłego czego Wam serdecznie życzymy, bo nam było to dane więcej niż raz, a ciągle nam mało, a w więc w drogę, idźmy i pamiętajmy, żywi i umarli czekają na nas !!

niedziela, 2 października 2016

Warszawskie ulice w ogniu walki - 2 października 1944 r.

Choć na co dzień sobie tego nie uwiadamiamy, to w drodze do pracy, szkoły, sklepu, a nawet na spacerze z psem, często ocieramy się o historię. Te opowieści o bohaterskich czynach i heroicznych postawach są zaklęte w murach kamienic, chodnikowych płytach, a nawet kocich łbach i starych szynach tramwajowych gdzieniegdzie wciąż wystających spod asfaltu ulic. Czasami wręcz się narzucają w postaci otworów po kulach bijących w oczy przechodniów, na cokołach pomników, fontann, a nawet elewacjach niektórych budynków. To przypomina o sobie Powstanie Warszawskie. Jak co roku w sposób możliwie najbardziej uroczysty staramy się upamiętnić te chwile. Brzmią syreny, zatrzymują się pojazd na ulicach, ludzie na chodnikach, na chwilę nawet czas zatrzymuje się w miejscu. Są znicze, wieńce, łzy wzruszenia i słowa modlitwy, a także wspomnienia o tych co życie oddali za Polskę.

My także mamy swój sposób na upamiętnienie tych wielkich czynów zwykłych Warszawiaków, z sierpniowych i wrześniowych dni roku 1944. Jak co roku, chcemy pomóc Wam w lepszym poznaniu tej tragicznej i wielkiej historii. Jak zapewne trafnie się domyślacie, znów będzie to cykl wpisów w formie kalendarium Powstania Warszawskiego. Tym razem chcemy się skupić na tym by pokazać konkretne miejsca i wydarzenia, tak by można było każdego dnia odwiedzić tych niemych świadków o których wspomnieliśmy na początku postu. Jako źródło dla naszych tegorocznych wpisów w tym cyklu przyjęliśmy książę Jerzy S. Majewski, Tomasz Urzykowski Przewodnik po powstańczej Warszawie.


Marszałkowska (Marschallstrasse) 94 róg Nowogrodzkiej
W ostatnich dniach Powstania, na przełomie września i października, ulicę Nowogrodzką obsadzał m.in. oddział z batalionu rotmistrza "Gardy". Była to ulica wyjątkowo ważna strategicznie, ponieważ jej utrata oznaczałaby bezpowrotny podział Śródmieścia na dwa kotły.
- Nasz batalion obsadził Nowogrodzką od Brackiej po Marszałkowską. Odcinkiem dowodził cichociemny, major Tadeusz Klimowski "Ostoja" ze sztabu 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Przeważali wśród nas żołnierze z dywizjonu porucznika Aleksandra Tyszkiewicza "Górala". Pozycje na Nowogrodzkiej zajmowaliśmy w nocy, nie bardzo orientując się w stanowiskach niemieckich, za to byliśmy bardzo dobrze uzbrojeni.
Zluzowaliśmy żołnierzy z Batalionu "Bełt" - dowódcą był plutonowy Erwin Brenneisen "Bełt" - którzy walczyli tam przez dwa miesiące. Mieliśmy MG 42, sowiecki granatnik i angielski PIAT - opowiada Jerzy Sienkiewicz "Rudy".
2 października, już po zawieszeniu broni, do bramy przy Nowogrodzkiej 19 podszedł podoficer niemieckiej Służby Bezpieczeństwa SD, którego ludzie zajmowali parzystą stronę ulicy. Siedzieli w ruinach cukierni Szwajcarskiej na rogu Marszałkowskiej. Niemcy umocnili się tam od 22 września.
- Esdeman chciał, byśmy rozebrali barykadę, blokującą Nowogrodzką. Rozmawialiśmy chwilę, a w ruinach cukierni podniosły się postacie młodych chłopaków z karabinami i w maskujących mundurach SS. Patrzyli na nas z zaciekawieniem i pewnym zażenowaniem - opowiada Jerzy Sienkiewicz.
W pewnej chwili esdeman odezwał się do niego po niemiecku:
- Z tymi chłopakami możesz rozmawiać po polsku. - Odwróciłem się do nich i zawołałem: - "Chłopcy, rozumiecie po polsku? - Tak, panie!" - odpowiedzieli chórem, z typowym kresowym akcentem. - "Skąd jesteście? - My z Baranowicz, panie!" - relacjonuje "Rudy".
Jak się okazało, była to jednostka antypartyzancka, sformowana przez niemiecką Policję Bezpieczeństwa na Białorusi, składająca się wyłącznie z Polaków z okolic Baranowicz. Takich oddziałów było więcej. Podlegały one Policji Ochronnej - Schupo. W trakcie ewakuacji jednostek niemieckich ze Wschodu trafiły do korpusu generała von dem Bacha w Warszawie.
- Później dowiedziałem się, co się z nimi stało. Pod koniec wojny całą tę zbieraninę policyjnych jednostek wcielono do formującej się białoruskiej dywizji SS. Nie osiągnęła ona nigdy pełnych stanów i - o ile wiem - nie brała udziału w ważniejszych walkach - wyjaśnia Jerzy Stankiewicz. 

Jak dobrze wiecie, jedną z naszych tradycji jest zachęcanie Was do spacerów, tak by miasto i jego historię poznawać przez nogi. Tym razem proponujemy, byście lekko zmodyfikowali swoją rutynę trasy z domu lub do niego, tak by przez te 63 zahaczyć przynajmniej o kilka z tych miejsc. Uważamy, że warto zabrać ze sobą świeczkę, kwiat lub jakiś inny przedmiot którym zechcecie wyrazić swoją pamięć o Powstańcach. Niech widzą, że Warszawiacy wciąż pamiętają ! A jeśli będziecie mieć odrobinę szczęścia, to kto wie może jeszcze uda wam się spotkać jednego lub jedną z nich, a wtedy może się stać coś co pozostanie z Wami na zawsze. Spotkanie z prawdziwym bohaterem z krwi i kości, człowiekiem który już za życia został legendą. I to jest coś niezwykłego czego Wam serdecznie życzymy, bo nam było to dane więcej niż raz, a ciągle nam mało, a w więc w drogę, idźmy i pamiętajmy, żywi i umarli czekają na nas !!

sobota, 1 października 2016

Warszawskie ulice w ogniu walki - 1 października 1944 r.

Choć na co dzień sobie tego nie uwiadamiamy, to w drodze do pracy, szkoły, sklepu, a nawet na spacerze z psem, często ocieramy się o historię. Te opowieści o bohaterskich czynach i heroicznych postawach są zaklęte w murach kamienic, chodnikowych płytach, a nawet kocich łbach i starych szynach tramwajowych gdzieniegdzie wciąż wystających spod asfaltu ulic. Czasami wręcz się narzucają w postaci otworów po kulach bijących w oczy przechodniów, na cokołach pomników, fontann, a nawet elewacjach niektórych budynków. To przypomina o sobie Powstanie Warszawskie. Jak co roku w sposób możliwie najbardziej uroczysty staramy się upamiętnić te chwile. Brzmią syreny, zatrzymują się pojazd na ulicach, ludzie na chodnikach, na chwilę nawet czas zatrzymuje się w miejscu. Są znicze, wieńce, łzy wzruszenia i słowa modlitwy, a także wspomnienia o tych co życie oddali za Polskę.

My także mamy swój sposób na upamiętnienie tych wielkich czynów zwykłych Warszawiaków, z sierpniowych i wrześniowych dni roku 1944. Jak co roku, chcemy pomóc Wam w lepszym poznaniu tej tragicznej i wielkiej historii. Jak zapewne trafnie się domyślacie, znów będzie to cykl wpisów w formie kalendarium Powstania Warszawskiego. Tym razem chcemy się skupić na tym by pokazać konkretne miejsca i wydarzenia, tak by można było każdego dnia odwiedzić tych niemych świadków o których wspomnieliśmy na początku postu. Jako źródło dla naszych tegorocznych wpisów w tym cyklu przyjęliśmy książę Jerzy S. Majewski, Tomasz Urzykowski Przewodnik po powstańczej Warszawie.


Bracka (Ordenstrasse) 25
Dom Braci Jabłkowskich, otwarty w 1914 roku, był przed wojną jedynym warszawskim domem towarowym. Budynek, zaprojektowany przez spółkę architektów Karol Jankowski i Franciszek Lilpop, ma żelbetową konstrukcję, umożliwiającą swobodne kształtowanie wnętrz, i fasadę w duchu silnie zmodernizowanego klasycyzmu. W ogromnym wnętrzu o otwartych galeriach najwspanialszą ozdobą jest wielki witraż nad głównym wejściem.
Złe czasy nastały wraz z wybuchem drugiej wojny światowej. W 1940 roku Niemcy na krótko zamknęli sklep. Otworzyli go niebawem, ale sprzedaż artykułów konfekcyjnych była już reglamentowana. Liczba personelu spadła, właścicieli nękały kontrole. Aresztowano niektórych pracowników.
- W początku 1943 szef dystryktu gospodarczego wezwał mnie i oświadczył, że sklep przewidziany jest na prowadzenie sprzedaży wyłącznie dla Niemców. Jednocześnie przedstawił dwóch osobników o wyglądzie opryszków, którzy zadeklarowali chęć nabycia przedsiębiorstwa - wspominał Feliks Jabłkowski. Wykręcił się tym, że nie może podjąć decyzji bez porozumienia z akcjonariuszami.
Na kilka dni przed wybuchem Powstania przed budynkiem kręciły się rozmaite typy, liczące na możliwość rabunku w chwili rozpoczęcia walk. Do rozboju na szczęście nie doszło.
Po wybuchu Powstania, w porozumieniu z jego dowództwem, z domu towarowego bezpłatnie wydawano Powstańcom odzież, buty, bieliznę. Dom Jabłkowskich przetrwał dwa miesiące walk, ale tuż po kapitulacji został doszczętnie rozgrabiony i spalony przez Niemców. Żelbetowa konstrukcja umożliwiła szybką odbudowę gmachu po wojnie.

Jak dobrze wiecie, jedną z naszych tradycji jest zachęcanie Was do spacerów, tak by miasto i jego historię poznawać przez nogi. Tym razem proponujemy, byście lekko zmodyfikowali swoją rutynę trasy z domu lub do niego, tak by przez te 63 zahaczyć przynajmniej o kilka z tych miejsc. Uważamy, że warto zabrać ze sobą świeczkę, kwiat lub jakiś inny przedmiot którym zechcecie wyrazić swoją pamięć o Powstańcach. Niech widzą, że Warszawiacy wciąż pamiętają ! A jeśli będziecie mieć odrobinę szczęścia, to kto wie może jeszcze uda wam się spotkać jednego lub jedną z nich, a wtedy może się stać coś co pozostanie z Wami na zawsze. Spotkanie z prawdziwym bohaterem z krwi i kości, człowiekiem który już za życia został legendą. I to jest coś niezwykłego czego Wam serdecznie życzymy, bo nam było to dane więcej niż raz, a ciągle nam mało, a w więc w drogę, idźmy i pamiętajmy, żywi i umarli czekają na nas !!