wtorek, 27 września 2016

Warszawskie ulice w ogniu walki - 27 września 1944 r.

Choć na co dzień sobie tego nie uwiadamiamy, to w drodze do pracy, szkoły, sklepu, a nawet na spacerze z psem, często ocieramy się o historię. Te opowieści o bohaterskich czynach i heroicznych postawach są zaklęte w murach kamienic, chodnikowych płytach, a nawet kocich łbach i starych szynach tramwajowych gdzieniegdzie wciąż wystających spod asfaltu ulic. Czasami wręcz się narzucają w postaci otworów po kulach bijących w oczy przechodniów, na cokołach pomników, fontann, a nawet elewacjach niektórych budynków. To przypomina o sobie Powstanie Warszawskie. Jak co roku w sposób możliwie najbardziej uroczysty staramy się upamiętnić te chwile. Brzmią syreny, zatrzymują się pojazd na ulicach, ludzie na chodnikach, na chwilę nawet czas zatrzymuje się w miejscu. Są znicze, wieńce, łzy wzruszenia i słowa modlitwy, a także wspomnienia o tych co życie oddali za Polskę.

My także mamy swój sposób na upamiętnienie tych wielkich czynów zwykłych Warszawiaków, z sierpniowych i wrześniowych dni roku 1944. Jak co roku, chcemy pomóc Wam w lepszym poznaniu tej tragicznej i wielkiej historii. Jak zapewne trafnie się domyślacie, znów będzie to cykl wpisów w formie kalendarium Powstania Warszawskiego. Tym razem chcemy się skupić na tym by pokazać konkretne miejsca i wydarzenia, tak by można było każdego dnia odwiedzić tych niemych świadków o których wspomnieliśmy na początku postu. Jako źródło dla naszych tegorocznych wpisów w tym cyklu przyjęliśmy książę Jerzy S. Majewski, Tomasz Urzykowski Przewodnik po powstańczej Warszawie.



Bałuckiego
W jednym z domów przy Bałuckiego mieściła się komenda Batalionu "Bałtyk". 27 września o dziesiątej odbyła się narada dowódców jednostek walczących jeszcze na Mokotowie, na której podjęto decyzję o kapitulacji dzielnicy. Pisał o tych wydarzeniach Antoni Nocen w pamiętniku, udostępnionym nam przez Stanisława Markowskiego. Po zakończeniu narady z budynku przy Bałuckiego wyszło trzech parlamentariuszy z białymi chorągwiami. Wśród nich znajdowali się major Eugeniusz Ledenberger "Burza", dowódca Batalionu "Bałtyk", i porucznik Stanisław Potoręcki "Nergus", dowódca Kompanii B-3.
- Idą Racławicką ku Fortowi Mokotów. Artyleria bije nieustannie i ze wszystkich stron słychać warkot zbliżających się czołgów. Przy Bałuckiego w tym czasie zebrały się niedobitki oddziałów. Czujki pozostawione są w ogrodzie koło Misyjnej i Racławickiej. Panuje pewien rozgardiasz i niepewność sytuacji, zupełna dezorientacja. Jedni chcą strzelać. Inni krzyczą, by wstrzymać ogień "bo zabiją naszych parlamentariuszy". Nie wiadomo, czego się trzymać. Grupka żołnierzy, wśród nich strzelec z naszej kompani -  Żyd, próbują jeszcze zejść do kanału. Bezskutecznie. Niektórzy z nich weszli, by po kilkunastu godzinach powrócić. Podchorąży Włodzimierz Gołaszewski "Szary" siedzi w piwnicy. Poszedłem do niego. Łzy jak dziecku spływają mu po policzkach.
Wysyłamy jednego ze strzelców, dobrze mówiącego po niemiecku. Idzie ze szczotką do zamiatania, z zawieszonym białym prześcieradłem. Idzie do esesmanów stojących niedaleko przy czołgach. Po paru minutach wraca. - "Mówią, że mamy zaraz wyjść i rzucić broń na stertę". (...) Przy czołgach uśmiechnięte mordy SS. Każą nam wskakiwać do dołu powstałego przy zakładaniu fundamentów. Wskakujemy po kolei. Część broni uprzednio połamaliśmy i pochowaliśmy. Resztę zrzucamy na stertę. Niemcy pytają, gdzie schowaliśmy karabiny naszych strzelców wyborowych z wmontowanymi lunetkami, które tak dały się im we znaki. Nie wierzą, że takich w ogóle nie mieliśmy. Dwóch z SS ogląda rzucony na stertę Gammon ze zrzutów. Nie wiedzą, co to za broń. Inny podaje mi pistolet i mówi po niemiecku: "Na, zastrzal się". Nie reaguję. Szwab zaśmiewa się z doskonałego kawału. Teraz oddzielają oficerów, podoficerów i strzelców. Artyleria przestała bić i w górę wylatują tylko barwne rakiety. Po raz pierwszy od dwóch miesięcy zapada absolutna, bolesna cisza. Przez tłumacza Niemcy zapewniają, że nie będziemy rozstrzelani, po czym rewidują dokładnie każdego z nas. Widzimy wychudzonych i brudnych Niemców, którzy byli u nas w niewoli. Szukają tych, którzy ich bili. Odnajdują paru i SS odprowadza ich na bok. Nie zobaczyliśmy ich już więcej. Niemiecki oficer ogłasza, że w ciągu pięciu minut musimy mu złożyć pięćdziesiąt zegarków, bo będzie z nami źle. Rzucamy do czapki zegarki i ustawiamy się czwórkami w pobliżu dołu, z którego powoli wyłazimy. Pod eskortą SS i Wehrmachtu maszerujemy w stronę Fortu Mokotów - czytamy w pamiętniku Antoniego Nocena. 

Jak dobrze wiecie, jedną z naszych tradycji jest zachęcanie Was do spacerów, tak by miasto i jego historię poznawać przez nogi. Tym razem proponujemy, byście lekko zmodyfikowali swoją rutynę trasy z domu lub do niego, tak by przez te 63 zahaczyć przynajmniej o kilka z tych miejsc. Uważamy, że warto zabrać ze sobą świeczkę, kwiat lub jakiś inny przedmiot którym zechcecie wyrazić swoją pamięć o Powstańcach. Niech widzą, że Warszawiacy wciąż pamiętają ! A jeśli będziecie mieć odrobinę szczęścia, to kto wie może jeszcze uda wam się spotkać jednego lub jedną z nich, a wtedy może się stać coś co pozostanie z Wami na zawsze. Spotkanie z prawdziwym bohaterem z krwi i kości, człowiekiem który już za życia został legendą. I to jest coś niezwykłego czego Wam serdecznie życzymy, bo nam było to dane więcej niż raz, a ciągle nam mało, a w więc w drogę, idźmy i pamiętajmy, żywi i umarli czekają na nas !!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz