poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Warszawskie ulice w ogniu walki - 15 sierpnia 1944 r.

Choć na co dzień sobie tego nie uwiadamiamy, to w drodze do pracy, szkoły, sklepu, a nawet na spacerze z psem, często ocieramy się o historię. Te opowieści o bohaterskich czynach i heroicznych postawach są zaklęte w murach kamienic, chodnikowych płytach, a nawet kocich łbach i starych szynach tramwajowych gdzieniegdzie wciąż wystających spod asfaltu ulic. Czasami wręcz się narzucają w postaci otworów po kulach bijących w oczy przechodniów, na cokołach pomników, fontann, a nawet elewacjach niektórych budynków. To przypomina o sobie Powstanie Warszawskie. Jak co roku w sposób możliwie najbardziej uroczysty staramy się upamiętnić te chwile. Brzmią syreny, zatrzymują się pojazd na ulicach, ludzie na chodnikach, na chwilę nawet czas zatrzymuje się w miejscu. Są znicze, wieńce, łzy wzruszenia i słowa modlitwy, a także wspomnienia o tych co życie oddali za Polskę.

My także mamy swój sposób na upamiętnienie tych wielkich czynów zwykłych Warszawiaków, z sierpniowych i wrześniowych dni roku 1944. Jak co roku, chcemy pomóc Wam w lepszym poznaniu tej tragicznej i wielkiej historii. Jak zapewne trafnie się domyślacie, znów będzie to cykl wpisów w formie kalendarium Powstania Warszawskiego. Tym razem chcemy się skupić na tym by pokazać konkretne miejsca i wydarzenia, tak by można było każdego dnia odwiedzić tych niemych świadków o których wspomnieliśmy na początku postu. Jako źródło dla naszych tegorocznych wpisów w tym cyklu przyjęliśmy książę Jerzy S. Majewski, Tomasz Urzykowski Przewodnik po powstańczej Warszawie.



Miodowa (Honigstrasse) 22/24
Na dachu obu domów nocą z 14 na 15 sierpnia spadły szczątki zestrzelonego samolotu typu Liberator KG 8-36, należącego do 31. Dywizjonu Bombowego Południowoafrykańskich Sił Powietrznych SAAF. Poległo siedmiu członków załogi, w tym dwóch pilotów - porucznicy G.C. Hooney, dowódca, oraz P.H. Andrews.
- Widziałam go, jak spadał pionowym lotem i zaczął się palić. Natychmiast zorganizowano akcję ratunkową. Na podwórkach utworzył się łańcuch ludzi. Podawaliśmy sobie z rąk do rąk wiadra wody z naszej studni oraz z innych, a na dachu stał chłopiec bez koszuli, zbudowany jak Apollo, i lał wodę na płonące szczątki samolotu. Ugaszono wprawdzie ogień, lecz lotnicy zginęli. Widziałam ich spalone ciała, które pochowano na podwórku kościoła garnizonowego. Jedno skrzydło samolotu spadło na podwórze naszej kwatery przy Długiej 15 - wspominała Danuta Gałkowa w swej książce.
Katastrofę pamięta też Krystyna Maciejewska, która razem z mamą i bratem mieszkała wtedy u krewnych przy Miodowej 22. Tej nocy wszyscy spali w piwnicy. Obudził ich huk. Myśleli, ze to bomba.
- Kiedy wyszliśmy na podwórze, zobaczyliśmy jeden wielki płomień. Było straszliwie gorąco. Ludzie krzyczeli: "Samolot! Samolot!". Biegali z naczyniami z wodą i próbowali gasić ogień - opowiada Krystyna Maciejewska. Według niej, nie cała załoga zginęła od razu. 
- Ludzie mówili, że dwóch lotników "umiera na dachu". Chodziło o dach domu Miodowa 24. Jeden z pilotów był Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia. Musiał to wyjawić przed śmiercią - twierdzi.
Po upadku Powstania razem z rodziną znalazła się w Tomaszowie Mazowieckim.
- Była zima i wujek włożył kurtkę w kolorze stalowym, od lotniczego kombinezonu. Mówił, że to z tamtego samolotu - wyjawia nam Krystyna Maciejewska.
W książce "Pamięć Powstania'44" Bohdan Tomaszewski "Mały" tak relacjonuje to wydarzenie w "Ostatnim tchnieniu Liberatora":
- Kadłub leżał na ulicy, tuż przy obecnej Szkole Teatralnej, obok olbrzymiej barykady, którą wznieśliśmy rankiem drugiego sierpnia. Jak spod ziemi pojawili się sanitariusze. (...) Dotknąłem ręką szczątków skrzydła. Było rzeczywiste, namacalne. Pomyślałem, że nie tylko my zaryzykowaliśmy wszystko, że byli także inni ...
- Za pięć dwunasta pojawiła się eskadra samolotów amerykańskich i brytyjskich, lecąca na wysokości około tysiąca metrów, na początku w szyku po dwie lub trzy maszyny. Musiało ich być od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu. Jest ich tam w górze cała masa, jak gdyby zerwało się do lotu ogromne stado ptaków. Potem widzimy, że coś wypada z tych samolotów, jak gdyby wprost nad naszymi głowami. Otwierają się spadochrony! Ogłaszają alarm, zaczyna się huk artylerii. Niektórzy twierdzą, że widzieli skoczków (...) Spadochrony opadają i widzę czarne, zielone, żółte i białe czasze To zasobniki z zaopatrzeniem! (...) W innych jest niemiecka amunicja. Ależ oni są przyzwoici. Amerykanie przywożą broń i amunicję, którą w pośpiechu zostawiliśmy na Zachodzie i dostarczają nam je tu, do Warszawy - czytamy we wspomnieniach niemieckiego żołnierza Heiricha Stechbartha, przytoczonym w książce Normana Daviesa "Powstanie'44".
Opisany aliancki zrzut dla walczącej stolicy miał miejsce 18 września. W biały dzień nad walczące miasto nadleciało sto siedem "latających fortec" B-17 z amerykańskiej 8. Floty Powietrznej. Wyruszyły z baz we wschodniej Anglii, eskortowane przez kilkadziesiąt myśliwców. Słoneczne niebo nad Warszawą zaroiło się od ryczących maszyn. To był jedyny nalot z pomocą dla Powstańców, przeprowadzony w biały dzień.
Anna Chybowska-Gorbatowska sanitariuszka "Anka" ze Zgrupowania "Kuby", która przeżyła upadek Starego Miasta, po ucieczce z niemieckiego transportu widziała te samoloty w podwarszawskich Gołąbkach. Leciały jeden obok drugiego. Z dołu przypominały zabawki, niknące potem w unoszącym się nad miastem dymie.
- Zamieszkałam w willi, w której zakwaterowano również dwóch niemieckich oficerów. Na widok bombowców wskoczyli do samochodu i pojechali w kierunku Warszawy. Po kilku godzinach wrócili obładowani paczkami - wspomina po latach "Anka". Jeden z Niemców miał zażartować: "Amerykańska czekolada dla niemieckich szpitali".
- Większość zrzutu, zamiast do Powstańców, trafiła w ręce wroga. Samoloty odleciały w kierunku sowieckiej bazy w Połtawie - wspomina Anna Chybowska-Gorbatowska.  

Jak dobrze wiecie, jedną z naszych tradycji jest zachęcanie Was do spacerów, tak by miasto i jego historię poznawać przez nogi. Tym razem proponujemy, byście lekko zmodyfikowali swoją rutynę trasy z domu lub do niego, tak by przez te 63 zahaczyć przynajmniej o kilka z tych miejsc. Uważamy, że warto zabrać ze sobą świeczkę, kwiat lub jakiś inny przedmiot którym zechcecie wyrazić swoją pamięć o Powstańcach. Niech widzą, że Warszawiacy wciąż pamiętają ! A jeśli będziecie mieć odrobinę szczęścia, to kto wie może jeszcze uda wam się spotkać jednego lub jedną z nich, a wtedy może się stać coś co pozostanie z Wami na zawsze. Spotkanie z prawdziwym bohaterem z krwi i kości, człowiekiem który już za życia został legendą. I to jest coś niezwykłego czego Wam serdecznie życzymy, bo nam było to dane więcej niż raz, a ciągle nam mało, a w więc w drogę, idźmy i pamiętajmy, żywi i umarli czekają na nas !!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz